niedziela, 16 lutego 2014

Na przekór lenistwu

Dzień Dobry!

   28 października roku pańskiego 2013 zawlokłem swoje przepite kości do przybytku bólu i kreatyny, siłowni. "Przepite" nie jest słowem przypadkowym i dodającym nutki komizmu całej sytuacji równie abstrakcyjnej jak lądowanie człowieka na powierzchni słońca.
 
   Otóż 27 października, ot wesoły kudłatek siedział sobie w towarzystwie znajomych przy piwku. Co jakiś czas uchylał się przed latającymi nad jego głową kuflami i siekierami w jednej z tarnowskich spelun. Spotkał tam wówczas kolegę który słyną raczej z postury ofiary obozu koncentracyjnego niż młodego Achilla. Ten, że właśnie kolega kilka miesięcy wcześniej spojrzał w lustro, odstawił flaszkę wódki i ruszył pokracznym truchcikiem w stronę sal bólu. Zaskoczony jego postawą, w moich oczach, w ułamku chwili, urósł do rangi mitycznego herosa godnego co najmniej pieśni.
   
Zajrzałem do butelki. Parę razy. I jeszcze kilka.
Zagadnąłem go z nonszalancją godną rasowego ochlejmordy;"To ile bieszesz na klate miły koleszko?". W odpowiedzi usłyszałem salwę śmiechu. Pierwsze koty za płoty pomyślałem, przynajmniej zagadnąłem. Rozmowa ruszyła swoim tempem. "To ile razy w tygodniu chodzisz?", "bierzesz jakieś suple?", "Ile już trenujesz?", "zakwasy masz?", "wszystkie dupy twoje?" etc.

    Ostatecznie padło to najważniejsze pytanie, tym razem z jego strony. "A może ty Szumny ruszysz w końcu dupę, miękka buło?", na co ja ruszony dumną i wypitym alkoholem odparłem, "Twoja stara to miękka buła..."
 W tedy chciałbym tak odpowiedzieć, ale alkohol wziął górę nad rozumem i wycedziłem przez zęby "to kiedy się widzimy na tej przeklętej siłowni?".
Po ustaleniu szczegółów wyczołgałem się z tarnowskiej Tortugi(tą zalał deszcz ognia i żelaza) i potoczyłem się w kierunku innego wodopoju.

   Zarzygawszy kilka metrów chodnika i po ciężkiej pijackiej awanturze z dziewczyną o chuj wie co(Misieł się wstydzi), w drodze do domu oswoiłem się z myślą, że jutro zaczyna się pierwszy dzień mojego nowego życia.

   Obudziłem się na koszmarnym kacu, a żywy ogień wydobywający się z wszystkich otworów mojego ciała skwierczał mi radośnie do ucha ' gratulacje! jesteś oficjalnie opojem i alkoholikiem!".
Dotarło do mnie pod prysznicem z siłą kopnięcia w krocze, że zobowiązałem się do udowodnienia, że nie jestem jakąś miękką buła i pójdę z kumplem pomachać żelastwem.
 
  O 13 kac nie miął, nabrał na mocy. O 14 byłem już na siłowni. Wycisk który zgotował mi "kolega" mógłbym w tedy przyrównać tylko do tortur w bolszewickim wiezieniu.
Amputowano mi ręce. Kąt zginania w łokciach wynosił w tedy może 13 stopni. Na następny dzień poznałem dokładne znaczenie słowa, zakwasy. To było piekło. Spodobało mi się tam.

    Po jednym razie na siłowni poczułem się jak prawdziwy men, z wąsami i w ogóle. Fajne uczucie, zrobić coś produktywnego dla siebie. Lepiej mi się spało, a dziewczyna pękała z dumy co później udowodniła :>. Postanowiłem iść tym razem sam. I udało się. Fakt, to co robiłem tam wyglądało z perspektywy czasu kretyńsko, a ludzie którzy na mnie zerkali musieli się chyba zastanawiać czy nie jestem przypadkiem niepełnosprawny.

   Takie były moje pierwsze koty za płoty. Pijackie i bezmyślne (nie zabrałem wody na siłownie pierwszy raz i i się odwodniłem na tym kacu). Potem przyszedł kolejny raz i kolejny, a po nim jeszcze następny i tak, aż do dnia dzisiejszego.

  Co dostałem w zamian za pieniądze które mógłbym przeznaczyć na mydło i alkohol?
Higienę psychiczną, już nie jestem miękką bułą tylko lekko przypieczoną parówką (cokolwiek to znaczy). Nową pasję, cztery razy w tygodniu na siłowni po 2 h każdy trening i nie czuje, że marnuje czas tylko go inwestuje w nowego mnie. Uznanie w oczach mojej ślicznotki która regularnie sprawdza pompę i pakuje mi się na plecy w trakcie robienia pompek :). Podziw w oczach przyjaciół którzy docenili moje zaangażowanie, determinacje i znaleźli iskrę inspiracji w mojej postawie tak jak ja w postawie mojego kumpla z Tortugi(ultrasy, pił tam tylko herbatę bo wódki się brzydzi a piwo tylko z umiarem). Po zmianie diety i odstawieniu wódy (już 4 miesiące!) poprawił mi się metabolizm i nie przesiaduje już w kiblu połowy dnia, a zgaga staje się tylko mglistym wspomnieniem.   

Pytanie na dziś.

    Po kiego chuja szukasz motywacji do zmiany trybu aktywności fizycznej oglądając filmiki z osobą, która uczy ludzi jak zrobić sobie domowymi metodami zwyrodnienia stawów, do stanu operacyjnego?

Rozejrzyj się! W twoim środowisku na pewno jest ktoś kto inwestuje w swoją kondycję fizyczną i nie kiedy poświęca wiele dla swoich celów. Być może to ktoś z twojej rodziny. Może znajomy znajomego. Jeden chuj. Ich podziwiaj, bo oni pokonują samych siebie nie czekając na poklask. Nie oglądaj się za modelkami na siłowni i blogerkami komentującymi każdy metr który przeszły na bieżni rozmawiając jednocześnie przed telefon.

Pokonaj samego siebie.
     
                                                                                                            Misieł

czwartek, 16 stycznia 2014

Limbo

23 Grudnia 2013 roku, jak co roku odbywał się przedświąteczny rush. Tak, mnie też ta gorączka dopadła. Tyle, że z nerwów. Dlaczego? Jeśli pamiętacie pierwszy wpis dotyczył martwego kompa.
Zmartwychwstał po krótkim pobycie w elektronicznym limbo - serwisie.

W miejscowości w której mieszkam serwisów komputerowych nie brakuje, ale ze względu na moją nie ufność względem obcych preferuje tylko jeden. No bo wyobraźcie sobie obca osoba dotyka swoimi lepkimi łapskami twojego komputerowego towarzysza. Twoją świątynie pornoli i gier wideo. Twoje narzędzie pracy. No nie wydaje mi się. Mniejsza z tym.

Zgon komputera orzekłem na podstawie zapachu spalenizny wydobywającego się z pod obudowy. Tak, nareszcie HDD po 6 latach nieustannej służby odpuścił posterunek. Wydawać by się mogło że to okazja idealna na wymianę kilku rzeczy w celu przyspieszenia, odświeżenia sprzętu. Początkowo miała to być tylko wymiana dysku na SSD i dokupieniu ramy. No i tu na samym początku pojawiły się komplikacje. Okazało się, że płyta główna nadaje się do gówna. Misieł chciał DDR3 i chcieć dalej może. Ostatecznie w niewytłumaczalny dla mnie sposób z pozoru tania wymiana okazała się zabawą na około 1,5 tyś złotych. Gdy dostałem w swoje łapki wycenę oniemiałem. Po kilku bitwach z własnymi myślami stwierdziłem, że poczekam na upgrade, aż sprzedam nerkę.



Po prawie miechu odzyskałem go. Wymieniłem tylko dysk na SSD. Nie żałuje. AutoCad otwiera się w 5 sekund. Prawie zbierałem szczękę z podłogi gdy zobaczyłem, że system się uruchamia w mniej niż 4 sekundy(przedtem mogłem sobie w między czasie zaparzyć herbatę). Oczywiście Diablo 2 odpala się jak złoto i o to mi chodziło.

Po odzyskaniu sprzętu zbierałem się 2 dni na otwarcie projektu dla mojego ojca( level 65 nerkiem sam się nie wbije). Przysiadłem do niego na godzinę, aby wprowadzić zmiany zasugerowane przez tatka. Zmiany chujowe. Trza było zmienić układ  tramów więźby dachowej. Przedtem też to zrobiłem, ale zachowując wszystkie prawa logiki. Nie tym razem Panie Misieł. Pomijając sam fakt, że przez cały czas zastanawiałem się nad tym czy nam to jebnie na głowy czy nie. Uznałem w efekcie końcowym, że zminimalizowałem ryzyko potencjalnej katastrofy budowlanej do zera, ale kosztem rozbierania połowy domu(nasz klient nasz pan!).
Tatko przyszedł, zobaczy,ł podumał, rzucił kurwą czy dwiema. Zaciągnął mnie na poddasze i rozłożyłem ręce w wymownym geście mówiąc  - "Chciałeś? Masz!". Po powrocie na dół wysnuł kilka teorii z zakresu mechaniki budowli i technologii budowlanej. Ja natomiast położyłem się na biurku. Nirwana. Po wyrysowaniu mu co i jak i dlaczego, doszedł do wniosku, że się nie da tak (brawo!). Wymyślił coś innego mniej inwazyjnego. Toćka w toćkę to co mu za pierwszym razem  zasugerowałem, narysowałem podałem na srebrnym półmisku. Musiał chyba po prostu sam do tego dojść, na swój rozum. Zaśmiałem się tylko szpetnie w duchu i przytaknąłem mu. "Tak masz racje Tato". Chylę czoła przed potęgą twej zajebistości i wyszedłem z domu.

                                         Totalne przeciwieństwo rzeczywistości
        
 Mały kroczek ku dobru powszechnemu. Quest Completed.

 Miseł, Out. 

   

sobota, 11 stycznia 2014

Anatomia nonsensu

Jak oczekiwać nieuniknionego?
Wyobraźcie sobie ciebie siedzącego na pięknej piaszczystej plaży. W koło piękne panie roznoszące alkohol i częstujące cygarami. Szum fal przeplata się z odgłosami drzew owocowych. Żyć nie umierać. W oddali dostrzegasz falę. Myślisz "hmmm...gdzie moja deska do surfingu?", fala nadciąga. Lecz z każdą sekundą fala nabiera rozmiarów kilku piętrowego budynku. Uciekniesz? Nie sądzę.
Tak wygląda oczekiwanie na nieuniknioną konfrontację z rzeczywistością. Dostrzegasz zagrożenie z pozoru błahe w wyglądzie. Dopiero jego preludium uświadamia ci jak bardzo masz przejebane.
Oczekiwanie na poprawę semestru. Tak to były piękne chwile.

Jestem w sumie dumny z siebie. Przygotowałem się na tsunami. O ile opanowanie kilku nowych umiejętności może mnie w jakikolwiek sposób przygotować na pułapkę przyszłości.
Z drugiej strony po piekle które przeżyłem przez ostatnie 2 lata udało mi się odpocząć, zaczerpnąć drugi oddech.

Należę do skromnej grupy ludzi którzy cenią sobie święty spokój. Mierzi mnie nadmierny jednolity hałas( w klubie mnie nie zobaczycie). Nienawidzę tłoku(na koncercie też). Lubię dobrze zjeść(fastfoodów unikam). Cenie sobie porządek(ale pedantem nie jestem). Potrzebuje zatopić się w myślach( co nie znaczy, że stronię od towarzystwa). Przede wszystkim potrzebuje czuć bliskość osób które darze miłością. Przez dwa lata byłem tego wszystkiego pozbawiony. Tak mieszkałem w polskim akademiku. Był to czas do którego mam mieszane uczucia. Z jednej strony czuje do tej pory wstręt i nienawiść do polskiego systemu szkolnictwa wyższego. Z drugiej obrzydzenie. Co jakiś czas zadaje sobie pytanie, jak można? Można. Mogłem. Mogą.

Można tam żyć, ale nie jest to życie dla mnie. Dusiłem się w otaczającej mnie ciasnocie i atmosferze bylejakości. Codziennie umierałem jadąc windą do pokoju. Byle by paść na łóżku.
Mieszkałem z dwoma studentami budownictwa. Lubiłem ich. Fajne żwawe towarzystwo. Na powierzchni użytkowej wynoszącej około 9 metrów kwadratowych z wystrojem przypominającym cele więzienną zaczyna się nienawidzić samego siebie, a co dopiero innych. Wszechobecne pijaństwo i narkomania zdała mi się oczywista. Na trzeźwo i ja długo nie dałem rady.

Mogłem nawiązać nić porozumienia z ludźmi mieszkającymi tam. Tylko po co? Ja nie jestem człowiekiem który zawiera znajomości, od tak. Jednak dało bym mi to może poczucie przynależenia do grupy. Tylko znowu po co? Ja nie chciałem być utożsamiany z nimi. Odtrącała mnie ich rubaszność i nie zrozumiała dla mnie otwartość. Mogłem skupić się na własnych sprawach i w akademiku mieszkać tylko. Zamiast tego na siłę chciałem być jego częścią, wpasować się po mojemu. W ostatecznym rozrachunku po hektolitrach wlanego w siebie alkoholu skończyłem z brzuchem pełnym piwska, kiepskim zdrowiem, pukającą do drzwi depresją. I na sam koniec z ilością warunków która przeraziła by nie jednego. Mogłem inaczej żyć.

Mogą się znaleźć i tacy którym taki układ pasuje. Życie w komunie. Mogą być i tacy dla których to czym dla mnie było koszmarem na jawie, jest skrytym marzeniem. Być studentem z krwi i kości.

Popełniłem błąd. Nie jedyny w moim krótkim życiu. Beztroskę spłacam ratami. Swój brak kontroli nad własnymi zachciankami musiałem okiełznać i nadać cel całym studiom. Jakiś był od początku. Dopiero od kilku miesięcy, zaledwie, ten wyewoluował do wyższej rangi. Nadał pęd.

Napisałem kilka akapitów wyżej, że jestem z siebie zadowolony. Bo jestem.
Podniosłem swoje umiejętności na poletku architektonicznym. Postawiłem pierwsze kroki w branży.
Nauczyłem się grać na pianinie(marzenie dzieciństwa).
Ruszyłem dupę na siłownie( już będzie ze 3 miesiące, taki dumny)
Odbijam braki na studiach. 
Znalazłem miłość życia.
Mniej nienawidzę świata.

To by było dobre podsumowanie 2013 roku.
Prawdziwe starcie ze studiami już 24 lutego. Ale gdy czytam to co napisałem, teraz, akapit wyżej. Nie boje się. 

Nonsens? Choroba urojona.              

W stronę nonsensu

Ledwo dodałem jedną notkę. A przypomniałem sobie o czym chciałem dziś napisać.

Wesoły dziś nastał dla mnie dzień. Obudzony przez komórkę o 10. O 10!? w wolny dzień? Jak sam się przekonałem da się. No bo tak, dziś jadę do stryjka inwentaryzować dwie budy po środku, uwaga, BAGNA!

Kochany wujaszek upierdolił sobie wybudować pub dla roboli wracających po ciężkiej pracy z tartaków. Nie przewidziało wam się, tartaków. Miejscowość(wiocha zabita dechami z miejscowego tartaku) w której mieszka mój brat mojego ojca jest istnym zagłębiem stolarskim.

Sam sobie zresztą uwidział swego czasu tartak i go miał, do puki nie zbankrutował przez jego alkoholizm co w sumie tłumaczy pub. Po co chodzić do wodopoju jak można samemu mieć wodopój. Tajemnicza kwestia kasy na to przedsięwzięcie pozostanie tajemnicza, minus koszty projektu bo oczywiście ja sobie mogę dać do portfolio. Tylko, że potem musiał bym to portfolio zjeść bo z takim dorobkiem zawodowym to mogę sobie dupę podetrzeć.

I pojechaliśmy. Ojciec też pojechał jako osoba towarzysząca, bo z bratem to się napić musi (i innej opcji nie ma). Zostałem sam na kilka godzin sobotniego popołudnia. Ja i dwie budy z płyty OSB. Bądź tu mądry i pisz wiersze. A nie da się. W ostatecznym rozrachunku po przelaniu tej katastrofy budowlanej na papier doszedłem do wniosku, że łatwiej by było przemalować zebrę na konia, albo lwa na tygrysa, niż zrobić z meliny salon. Hmmm... z drugiej strony tylko parasola w dupie się nie da otworzyć, coś by z tego było gdy mój Einstein przedsiębiorczości miał na to pieniądze. A nie ma. Przy odrobinie szczęścia uda mi się zrobić z tego coś około barowego (przy takich nakładach finansowych). Jest też opcja taka, że skończę projekt a on się rozmyśli więc moja praca jeszcze bardziej będzie bezcelowa.

Ciekawe na jak długo wstrzymam oddech  pod wodą...


Misieł


Quo Vadis Misieł ?

No i stało się. W sumie nic szczególnego. Bo jak można określić pisanie bloga jako coś szczególnego. W CV można wpisać, ale polonistą/pisarzem to ja nie jestem. i być nie będę, czego można się domyślić po samej stylistyce moich pierwszych wymęczonych zdań tego raczkującego bloga.
- To może zacznijmy jeszcze raz?
- W sumie czemu nie?

  Dlaczego "Architektura Wegetacji" ? Pewnie dlatego, że lwią część wpisów będzie dotyczyć mojego lenistwa i olewactwa. Ale dlaczego architektura?
No cóż jestem studentem trzeciego roku Architektury i Urbanistyki na pewnej polskiej uczelni. Zdegradowanym studentem trzeciego roku. W teorii wspaniałą część dydaktyków uważa, że student winien żyć tylko i wyłącznie kierunkiem studiów. Takie tam pierdolenie. Mam do tego bardziej liberalne podejście, ale nie do przesady.

-  Wszystko fajnie, ale o czym konkretnie ten blog?
 Dobra, ogarnij to. O architekturze (O rly?), o branży elektronicznej , o nakurwianiu w gry komputerowe, o światopoglądzie i innych pierdołach.

Po krótkim i pobieżnym wstępie zaczynam ten wpis po raz trzeci.

Święta, święta i po świętach. Oczywiście na dzień przed wigilią mój komputer trafił jasny szlag. Świetnie. Całe długie święta na laptopie rodzinnym. Uczucie trochę jakby ktoś zdjagnozował u mnie raka. 

Człowiek ma plany na te święta; dokończę projekt dla firmy, podszkolę się w renderingu, zagram w tego nieszczęsnego Dishonoured o którym media tak srały. A gówno. Czasu którego nie spędziłem z moją pogodniejszą połówką upływał mi, ba ciągną mi się jak smoła. W teorii miałem czas na machnięcie wreszcie tej obiecanej akwareli, ale taki chuj wielki jak Świebodziński Aragorn. Z racji świąt rodzina organizowała mi w trakcie dnia interwały na posiłek i chwile przed mordoksiążką, a malować o 22 to ja kurwa nie będę jak jakiś student na tajnych kompletach. 

Dobrze, że ten laptop... A właśnie laptop. Ku radości mojego serca ten złom ma na dysku Diablo 2 (Full of Win). Odpalam w Boże Narodzenie grę z entuzjazmem czterolatka który dostał 5 złotych. Król życia. Święta pod tym względem spędziłem z druidem i nekromantą. Ah te levele wbite tak sprawnie. Questy które robię z mechaniczną wprawą. Chciało by się napisać święta udane. Kolejne. KOLEJNE z D2. Nie pamiętam świąt bez tej gry. Trochę śmieszna sprawa. Nie wydaje wam się, nie? To może wyjaśnię. Dlaczego nie można tego samego osiągnąć we współczesnych tytułach. Mam tu na myśli klimat, gameplay, epickość i ostatecznie wytworzeniu w mózgu gracza uczucia 'powrotu' (sentyment). Ktoś powie: Ok, ale Panie Szanowny sentyment wyrabia się z wiekiem do produktu jak do klocków lego, albo, gumy turbo. A ja mu powiem: A gówno! Wystarczy stworzyć tytuł(albo aż) który wyryje ci się w mózgu jak nauka matmy z babcią w poniedziałkowe popołudnia. 

Spójrzmy na to chłodnym okiem (nie na matmę na branżę komputerową). Co druga gra to skok na hajs. Ameryki tym nie odkryłem. Inne z kolei aspirują na coś co jest fajną rzeczą, ale hajs się nie zgadza no to trzeba dopierdolić wybuchem nuklearnym, albo zagładą galaktyki, bo kurwa, bo możemy i tak zrobimy, a ty graczu handluj z tym. Ktoś znowu powie: Misiu kolorowy, ale popatrz na to z tej strony dla wielu dzieciaków gry które uważasz za szit dla nich są już kultowe. A ja odpowiem: Ale ja nie jestem dzieciak! Ja też chcę czegoś co określę mianem kultowego! Dlaczego mam być uważany za hardkorowca, wyjadacza, zrzędę. Tylko z tego powodu, że mam bardziej rozwinięty mózg i nie zjadam już bab z nosa?

Dobra już przedobrzyłem, wracam do polowania na Mefisto.

 
                                                                         Misieł