No i stało się. W sumie nic szczególnego. Bo jak można określić pisanie bloga jako coś szczególnego. W CV można wpisać, ale polonistą/pisarzem to ja nie jestem. i być nie będę, czego można się domyślić po samej stylistyce moich pierwszych wymęczonych zdań tego raczkującego bloga.
- To może zacznijmy jeszcze raz?
- W sumie czemu nie?
Dlaczego "Architektura Wegetacji" ? Pewnie dlatego, że lwią część wpisów będzie dotyczyć mojego lenistwa i olewactwa. Ale dlaczego architektura?
No cóż jestem studentem trzeciego roku Architektury i Urbanistyki na pewnej polskiej uczelni. Zdegradowanym studentem trzeciego roku. W teorii wspaniałą część dydaktyków uważa, że student winien żyć tylko i wyłącznie kierunkiem studiów. Takie tam pierdolenie. Mam do tego bardziej liberalne podejście, ale nie do przesady.
- Wszystko fajnie, ale o czym konkretnie ten blog?
Dobra, ogarnij to. O architekturze (O rly?), o branży elektronicznej , o nakurwianiu w gry komputerowe, o światopoglądzie i innych pierdołach.
Po krótkim i pobieżnym wstępie zaczynam ten wpis po raz trzeci.
Święta, święta i po świętach. Oczywiście na dzień przed wigilią mój komputer trafił jasny szlag. Świetnie. Całe długie święta na laptopie rodzinnym. Uczucie trochę jakby ktoś zdjagnozował u mnie raka.
Człowiek ma plany na te święta; dokończę projekt dla firmy, podszkolę się w renderingu, zagram w tego nieszczęsnego Dishonoured o którym media tak srały. A gówno. Czasu którego nie spędziłem z moją pogodniejszą połówką upływał mi, ba ciągną mi się jak smoła. W teorii miałem czas na machnięcie wreszcie tej obiecanej akwareli, ale taki chuj wielki jak Świebodziński Aragorn. Z racji świąt rodzina organizowała mi w trakcie dnia interwały na posiłek i chwile przed mordoksiążką, a malować o 22 to ja kurwa nie będę jak jakiś student na tajnych kompletach.
Dobrze, że ten laptop... A właśnie laptop. Ku radości mojego serca ten złom ma na dysku Diablo 2 (Full of Win). Odpalam w Boże Narodzenie grę z entuzjazmem czterolatka który dostał 5 złotych. Król życia. Święta pod tym względem spędziłem z druidem i nekromantą. Ah te levele wbite tak sprawnie. Questy które robię z mechaniczną wprawą. Chciało by się napisać święta udane. Kolejne. KOLEJNE z D2. Nie pamiętam świąt bez tej gry. Trochę śmieszna sprawa. Nie wydaje wam się, nie? To może wyjaśnię. Dlaczego nie można tego samego osiągnąć we współczesnych tytułach. Mam tu na myśli klimat, gameplay, epickość i ostatecznie wytworzeniu w mózgu gracza uczucia 'powrotu' (sentyment). Ktoś powie: Ok, ale Panie Szanowny sentyment wyrabia się z wiekiem do produktu jak do klocków lego, albo, gumy turbo. A ja mu powiem: A gówno! Wystarczy stworzyć tytuł(albo aż) który wyryje ci się w mózgu jak nauka matmy z babcią w poniedziałkowe popołudnia.
Spójrzmy na to chłodnym okiem (nie na matmę na branżę komputerową). Co druga gra to skok na hajs. Ameryki tym nie odkryłem. Inne z kolei aspirują na coś co jest fajną rzeczą, ale hajs się nie zgadza no to trzeba dopierdolić wybuchem nuklearnym, albo zagładą galaktyki, bo kurwa, bo możemy i tak zrobimy, a ty graczu handluj z tym. Ktoś znowu powie: Misiu kolorowy, ale popatrz na to z tej strony dla wielu dzieciaków gry które uważasz za szit dla nich są już kultowe. A ja odpowiem: Ale ja nie jestem dzieciak! Ja też chcę czegoś co określę mianem kultowego! Dlaczego mam być uważany za hardkorowca, wyjadacza, zrzędę. Tylko z tego powodu, że mam bardziej rozwinięty mózg i nie zjadam już bab z nosa?
Dobra już przedobrzyłem, wracam do polowania na Mefisto.
Misieł
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz